Przepraszam, nie wie ktoś gdzie ten czas tak zasuwa? Bo ja nie bardzo. Ledwie wczoraj był kwiecień a tu już koniec maja. A właściwie jedna trzecia czerwca. Jak tak dalej pójdzie to lato skończy się zanim zauważę ;) Dobrze, że zdążyłam złapać już trochę opalenizny przed nadchodzącą jesienią ;) A teraz przed Wami całe mnóstwo majowych prac.
#1 Zaczynamy! Nie musisz być u celu, żeby opowiadać o drodze.
Dzisiejszy wpis jest dowodem na to, że zmian nie trzeba zaczynać w poniedziałek. Nie trzeba czekać na pierwszego, nowy rok, okrągłą liczbę ani wielkie wydarzenie. Można zacząć po prostu. Tu i teraz.
Przekraczam granice + Foto zagadka #7
Przekraczam granice swojego "comfort zone", czyli krótko mówiąc wyskakuję z kapci i zakładam nierozchodzone buty w nadziei, że kiedyś zrobią się wygodne. Obiecałam sobie w tym roku wycisnąć z siebie jak najwięcej, jak z soczystej pomarańczki. Za mną drugi miesiąc regularnej publikacji na blogu (3 razy w tygodniu). Grafik postów wstępnie zapełniony jest do końca kwietnia, a nowe pomysły co rusz wskakują na listę (macie propozycję co chcielibyście tu zobaczyć, o czym przeczytać - piszcie w komentarzach!). Ilość przygotowanych (specjalnie dla Was!) tutoriali DIY cały czas rośnie, wiele z nich wzbogaconych jest o materiały do wydruku. Dodatkowe materiały do druku trafiają do Was z newsletterem. Jestem mega zadowolona z tego, że go uruchomiłam - dzięki niemu mam pewność, że żadne FB fanaberie nie spowodują zerwania naszego kontaktu.
Przeziębienie? Nie, dziękuję!
Pewnie dobrze to znasz, niby jeszcze wszystko jest okey, ale tak naprawdę czujesz się jakby do godziny choróbsko miało zwalić Cię z nóg. Oczami przerażonej wyobraźni widzisz siebie w łóżku, z termometrem pod pachą i stertą zasmarkanych chusteczek obok. Hola, hola! Nie poddaj się tak łatwo! Przed Tobą trzy sprawdzone sposoby jak uciec ze szponów przeziębienia.
5 lat blogowania - rozdaję prezenty!
Jupi! Radość mnie rozpiera, bo w ten weekend świętuję 5-lecie blogowania. Otwieram szampana - podstawiajcie kieliszki, a potem poczęstujcie się kawałkiem tortu. A potem ustawcie się w kolejeczce, bo jak to zwykle w blogosferze bywa z okazji urodzin to ja rozdaję prezenty, a nie Wy mi je przynosicie.
Jak ładnie przedstawić nudne dane? [wyniki ankiety]
Jak to dobrze, że dysponujemy teraz takimi możliwościami, że tabelki żmudnie rysowane przy użyciu linijki i ekierki odeszły w niepamięć. Że w niepamięć odchodzą tabele z Excela, że teraz wszystko jest coraz ładniejsze. Kolorowe wykresy ożywiają nawet najbardziej beznadziejne przypadki.
Nawet papier toaletowy musi się rozwijać by być użytecznym.
Kurz opadł, nawet Ci z refleksem ślimaka wystrzelali już cały zapas fajerwerków. Butelki po szampanie dawno są już w kontenerach ze szkłem. Noworoczny kac odszedł w zapomnienie. Czas zacząć szaleństwo karnawału, który w tym roku skończy się zanim na dobre się rozkręci. Przez blogi przetoczył się motywacyjno-postanowieniowy huragan. Wręcz tornado, wciągające wszystkich w wir planowania. A co będzie, gdy emocje opadną?
Wigilijny stół i coś jeszcze (bo czasem trzeba się pochwalić i o coś poprosić)
Oj napadło mnie w tym roku. W zeszłym w zupełności usatysfakcjonowało mnie wyciągnięcie z pudeł kilku lekko przykurzonych ozdób i tyle. Ale nie tym razem. Tym razem poszłam na całość, chociaż bardzo starałam się żeby efekt końcowy był naturalny i lekko minimalistyczny. Czy się udało - oceńcie same.
Foto zagadka #3 - z zamkiem w tle
Trzecia foto zagadka przyjechała do Was aż ze Słowacji z zamku Strečno (a właściwie z jego podzamcza). Od czasu rozpoczęcia zabawy mam oczy dookoła głowy - wszystkiemu przyglądam się z bliska i pod różnymi kątami. Jak sprawię sobie lupę to będę jak Paszczak z Muminków - zwłaszcza, że zamiłowanie do makrofotografii mam od dziecka. Równie dobrze bawię się wyszukując temat zdjęcia, co czytając Wasze odpowiedzi. Foto zagadki publikuję najpierw na Biedronkowym Facebooku - osoba, która tam poda jako pierwsza prawidłową odpowiedź dostaje ode mnie mały upominek - dlatego zapraszam do dołączenia do FB profilu. Poniżej mała fotorelacja ze zwiedzania zamku, a na końcu rozwiązanie zadania.
Minimalizm w praktyce: wielofunkcyjność rzeczy
Z prawej i z lewej, koleżanka z biura i kuzynka na imieninach wujka - wszyscy trąbią o minimalizmie. Minimalistyczne książki i blogi wyrastają jak grzyby po deszczu. Ludzie rozdają, ludzie wyrzucają. Ci bardziej ekstremalni pozostawiają w mieszkaniu tylko 100 przedmiotów. Zimą w czasie awarii odkrywają, że latem w natchnieniu pozbyli się wełnianych skarpetek. Żarty na bok.
Jutro utracisz dane z dysku! 8 sposobów na ich skuteczne zabezpieczenie.
Epitafium danych niezarchiwizowanych.
Wilgotność powietrza i temperatura otoczenia nie zwiastowały nadciągającej katastrofy. Dokładnie pierwszego lipca zaparzyłam poranną herbatę i dumna z siebie wygodnie usadowiłam się na krześle w pracowni. Zmobilizowałam się po ponad miesięcznej nieobecności do napisania notki na blogu. Nacisnęłam przycisk uruchomiający komputer - błysk i huk obudziły mnie natychmiastowo. Zapach palonej elektroniki nie wróżył niczego dobrego. Szybka diagnoza - spalony zasilacz. Wróciłam skąd przyszłam, resztę poranka spędzając na przeglądaniu zasilaczy na allegro. To był dopiero początek.
Noworoczne postanowienia?
Początkiem nowego roku stanowczo powinien być 21 marca. Nie żadne tam grudniowo-styczniowe przełomy. Zimo, szaro-buro i mało motywująco. Pierwszy dzień wiosny to lepszy powód do świętowania. Dzień już dłuższy, śniegi topnieją, słońce przyjemnie grzeje i aż chce się żyć. Jest nawet spora szansa, że więcej noworocznych postanowień doczekałoby się realizacji.
To jak - przenosimy obchody i otwieramy szampana?
Wiatr w żagle.
Potrzebowałam przejścia w stan off-line, w stan bezczynności, czasem potrzeba mi nic nie robienia. Zanurzenia się w papierowych książkach, kulinarnych przyjemnościach. Powrótu do wewnętrznego spokoju, wyciszenia i zebrania sił na nowo. Wtedy nawet skromne w tym roku świąteczne dekoracje nie rażą pustkom. Czasem lepiej odpuścić. Zaparzyć herbatę w ulubionym kubku i usiąść na kanapie obok najbliższej osoby. Po takim odpoczynku mogę powrócić. W otchłań internetu, w sieci utkane z wełny, w sterty tasiemek, kilogramy guzików.
Z nowym rokiem zawsze zaczyna się nowe. Nowe plany i nadzieje. W myślach widzę już nową wiosenną sesję, chociaż nie zdążyłam nacieszyć się jeszcze zdjęciami z tej z lata. Śledzę kolorystykę na najbliższe miesiące, którą planują wielcy świata mody i sama odkrywam nowe połączenia tak dobrze znanych mi kolorów. Szyję ile sił w palcach jarmilkowe broszki, ale oprócz tego mam dla Was ciepłe, zimowe wieści. Oto nadchodzi nowość w mojej ofercie. Ciepłe wełniane skarpetki i pantofelki. To na start. Ale możliwości jest wiele. Od szali, przez czapki, rękawiczki, a nawet swetry. Wszystko robione ręcznie, wyroby najwyższej klasy. Z możliwością personalizacji, wykonania z wełny jaką sobie wymarzycie - alpaka, merynosy, owieczki. To jak? Macie ochotę na takie nowości?

Rozbieram inspirację.
Inspiracje.
Rozbieram na części pierwsze.
Wielu mówi, że są wszędzie. Ale czy mają rację? Czy uschnięty szczypior na balkonie może inspirować? A co z połówką marchewki co została z poprzedniego obiadu? A biała ściana, czarny kot, bury deszcz? Czy inspirować się wypada? Od innych, a nie z powietrza? A czy to trzeba, czy już nie można żyć po prostu?
Co mnie inspiruje oprócz oklepanego wszystko? Wszystko to przecież nic.
Rozbieram na części pierwsze.
Wielu mówi, że są wszędzie. Ale czy mają rację? Czy uschnięty szczypior na balkonie może inspirować? A co z połówką marchewki co została z poprzedniego obiadu? A biała ściana, czarny kot, bury deszcz? Czy inspirować się wypada? Od innych, a nie z powietrza? A czy to trzeba, czy już nie można żyć po prostu?
Co mnie inspiruje oprócz oklepanego wszystko? Wszystko to przecież nic.
Inspiruje mnie bałagan. Bez żartów. Porządek to czystość, umysłu, biurka i kreatywności. Zabójca przypadku i nieoczekiwanych odkryć. Sterta materiałów ułożonych przypadkowo może działać cuda. Ten niezapomniany błysk w oku na myśl o połączeniu sąsiadek z różnych krańców tęczy. Guzik, który wypada z pudełka i celnie trafia w idealną dla niego towarzyszkę tkaninę. Zagubiony skrawek papieru, kredka, kółko z kubka herbaty.
Inspirują mnie ludzie. Do działania. Pokrewne dusze, które często setki kilometrów ode mnie robią coś, mają to COŚ. W sobie. Liderzy. Jedni znani, z barwnymi życiorysami, inny działający skromnie, prawie w ukryciu. Odważni, niepokorni, uparcie dążący do swojego wymarzonego celu. Wędrowcy życia.
Inspirują mnie przedmioty. Zwłaszcza te drogie. Do pracy i myślenia po co to wszystko. Do definiowania na nowo luksusu, do dyskusji o podróbkach, do zrobienia podobnych własnoręcznie. Dlatego kocham przeglądać czasopisma drukowane i internetowe, Pinterest, Westwing i inne takie (więcej o moich ulubionych kopalniach błękitnych orzeszków tutaj). Oglądam je nie po to, żeby coś kupić (chociaż czasem ulegam pokusie), ale przede wszystkich, żeby się zainspirować. Na nowo zdefiniować przeznaczenie przedmiotów. Na białym kubku coś namalować. Zrobić z niego wazon. Z resztek włóczki zrobić poszewkę na poduszkę. Do kosza uszyć podszewkę. W krzesłach nogi pomalować na biało albo chociaż warzechę w kuchni. I wywołać wreszcie najpiękniejsze zdjęcia.
![]() |
| Wszystkie przedmioty pochodzą ze strony Westwing. |
A Ciebie co inspiruje?
Dzisiejszy post powstał przy współpracy i inspiracji Westwing.
Litery, dźwięki, klatki
Video-posty, video-blogi, video-szaleństwo. Czyżby nadchodziła nowa era? Osobiście jestem nastawiona (trochę) sceptycznie. Nic mnie tak nie denerwuje jak słowo pisane w wersji czytanej/filmowanej. Już audiobooki omijałam szerokim łukiem, a teraz jeszcze ta plaga blogowa. Zupełnie nie jestem w stanie pojąć zachwytu nad tym trendem!
Zbierając materiał do napisania tego postu postanowiłam zmierzyć się ze swoim wrogim nastawieniem i wymyślić kilka momentów i powodów, dla których słowo czytane mogłoby (ewentualnie) wygrać z pisanym. Udało mi się znaleźć jedynie dwa. Uwierzcie - jak na mnie to dużo ;)
- jazda samochodem (jeżeli to my go prowadzimy) - nie wiem jak ma się to do bezpieczeństwa na drodze. Obawiam się, że niektóre książki mogłyby mnie zbyt mocno wciągać. Czuję po kościach, że moje neurony zamiast pilnować czy na poboczu nie czai się sarenka mogłyby oddać się błogim przyjemnościom wyobrażeń literackich.
- gotowanie - nie wiem czy powinnam.....ale co tam.....tą zaletę (napisałam to, rety JA to napisałam) odkryłam przypadkiem słuchając Bloggera (książki Kominka) i wykładów z Blog Forum Gdańsk. Tak, słuchałam największych sław blogosfery do kotleta. Mea culpa...
Dużo trudniej poszło mi z video-postami. Nadal są one dla mnie po prostu marnotrawstwem (mojego cennego) czasu. Nowe posty zazwyczaj czytam przy porannej herbacie. W tempie niczym struś pędziwiatr. Nie wyobrażam sobie przesłuchania takiej ilości postów jak czytam. Albo nie byłabym z blogami na bieżąco albo nic innego nie zdążyłam bym zrobić. Tak źle i tak niedobrze.
Żeby jednak nie było, że się nie starałam ;) i tu udało mi się znaleźć plus (no cóż, po długich poszukiwaniach znalazłam tylko jeden). Cenię sobie video, które dają nam "know-how" - nic nie zastąpi podpatrzenia jak ktoś przeplata oczka na szydełku, jak rozkręca pół silnika w motocyklu, jakiej konsystencji jest ciasto drożdżowe na pączki. W tych i podobnych przypadkach kłaniam się autorom w pas dziękując za czas, który poświęcili żeby stworzy takie video-posty, ale w innych przypadkach mówię stanowcze: Nie, dziękuję!
Rzeczy nie do użycia.
Kupić notes i zacząć w nim pisać. Łatwizna.
Kupić naklejki i przykleić je na pracach.
Kupić ozdobne papiery i użyć ich do kartek.
Kupić tasiemki i uszyć z nich broszki.
Nastawić budzik i wstać.
Niby proste a jednak....nie do końca.
Długie godziny przesiedziałam gapiąc się w monitor i powtarzając bez końca "tym razem dam radę, tym razem będzie inaczej". Ostatecznie nacisnęłam "licytuj" i zostałam właścicielką prześlicznego notesu ręcznie zrobionego przez Maryszę.
I wiecie co? Udało mi się wygrać tą walkę z samą sobą!
Nie, no - spokojnie. Nie tak od razu, nie tak szybko. Przez ponad tydzień podchodziłam do notesu jak pies do jeża. Już prawie wyciągałam pióro, już prawie miałam zacząć, a tu nagle telefon, listonosz, a to jednak najpierw zrobię herbatę, potem wyniosę śmieci, ugotuję obiad, nastawię pranie i posprzątam pół mieszkania. Aaa.....notes? No tak, zupełnie zapomniałam. To może jutro. Teraz to ja już nie mam siły ani kopytkiem ruszyć, a co dopiero takie wyzwania!
Nastał ten DZIEŃ, ten właściwy moment. W kolejce w poczekalni bez cienia wahania wyciągnęłam z torebki notes i pióro i...zapisałam od strzału 5 stron ;) Teraz regularnie dopisuję do niego nowe notatki.
Tak już po prostu mam, rzeczy takich "naj" zazwyczaj nie używam. Nie zapisuję najładniejszych zeszytów, notesów, nie naklejam ulubionych naklejek, nie tnę najfajniejszych papierów scrapbookingowych. Nie szyję z tkanin, które przypadły mi do gustu, a mam ich tylko kawałeczek, nie robię broszek z niektórych tasiemek. Nie zjadam ostatnich słoików najsmaczniejszych przetworów. Zamarynowanych jesienią grzybów nadal nie otworzyłam. Czasem z tym walczę....bo mimo wszystko przyjemnie jest korzystać z ulubionych przedmiotów.
Was też otaczają rzeczy nie do użycia?
Rozmiar MA znaczenie!
Zdecydowanie i raz na zawsze dementuję wszelkie pogłoski jakoby nie miał on znaczenia.
Oczywiście, że rozmiar MA znaczenie.
I do razu przyznaję, że my Polki mamy z tym jakiś problem. Zupełnie inaczej Amerykanki, one to od razu walą prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, celnie, w centymetrach. U nas to raczej takie wszystko ukryte jak suseł na zimę, tak nieśmiało, preferencje zdradzamy dopiero po konkretnym pytaniu. Jeżeli już się określamy to zdecydowanie nie w perwersyjnych centymetrach, a raczej w skali francuskiej.
Oczywiście, że rozmiar MA znaczenie.
I do razu przyznaję, że my Polki mamy z tym jakiś problem. Zupełnie inaczej Amerykanki, one to od razu walą prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, celnie, w centymetrach. U nas to raczej takie wszystko ukryte jak suseł na zimę, tak nieśmiało, preferencje zdradzamy dopiero po konkretnym pytaniu. Jeżeli już się określamy to zdecydowanie nie w perwersyjnych centymetrach, a raczej w skali francuskiej.
I tu się nasuwa druga, równie ważna kwestia. Jeżeli rozmiar MA znacznie (a uwierzcie mi, że ma) to pozostaje jeszcze jak we właściwy sposób ten rozmiar zmierzyć. Pozwoliłam sobie poniżej zamieścić grafikę, która ułatwi Wam pomiary. Tymczasem spieszę wyjaśnić, nie można robić tego w biegu, prężąc się niczym kotka na krześle, strzelając różne wygibasy. Żeby pomiar wyszedł dobrze to trzeba na spokojnie, rzeczowo wziąć sprawę w swoje ręce. Najlepiej przycisnąć mierzony obiekt do ściany i zmierzyć.
Powodzenia!
Powodzenia!


























